niedziela, 16 lutego 2014

Kamil złoty. Justyna złota. Zbigniew też. A ja?




Gratuluję serdecznie naszym ZŁOTYM POLAKOM:
Kamilowi,
Justynie
i Zbigniewowi. 

Piękne i wzruszające uczucie móc usłyszeć Olimpijskiego Mazurka Dąbrowskiego będąc za granicą. A przecież to jeszcze nie koniec olimpiady w Rosji. Mam nadzieję, że będę miał, jako Polak, kolejne powody do dumy i radości.

Myślę, że aby zdobyć medal olimpijski potrzeba wiele setek, tysięcy godzin, dni treningów. Nic nie przychodzi bez potu, samozaparcia, pokonywania trudów i własnych słabości. Tym bardziej przecież walka z najlepszymi zawodnikami świata w danej dyscyplinie, gdzie wiadomo, że każdy będzie chciał wygrać.

Tym bardziej jestem pod wrażeniem naszych zawodników, którzy wygrali złoty medal olimpijski: dwa razy Kamil, Justyna oraz Zbigniew. Ile ich to kosztowało, jak wiele poświęcili czasu na treningi, ile łez po porażkach i potu podczas ćwiczeń wylali - to wiedza najlepiej oni sami, ich rodziny, trenerzy, najbliżsi.


Niedawno Justyna Kowalczyk na facebook'u opublikowała zdjęcie ze złamaną stopą. Wiele osób zastanawiało się czy będzie startować pomimo kontuzji? Pokazała niesamowity charakter, siłę woli i wolę walki i zwycięstwa! Efekt? Patrz zdjęcie wyżej: złoty medal olimpijski, rewelacyjny czas i deklasacja rywalek na 10 km stylem klasycznym. Można? Można. Gratuluję!


Jest jednak jedna rzecz, która mnie osobiście nie daje spokoju, która mnie zastanawia...
...jeśli oni potrafią poświęcić tak wiele dla sportu, dla chwały i radości sportowej; jeśli im się chce tak wiele ćwiczyć, tak wiele podporządkować twardym treningom, jeśli im się chce tak wiele wyrzec dla sportu... to dlaczego ja nie jestem zdolny do takiego poświęcenia dla Boga? Dla zbawienia moich sióstr i braci?

To pytanie nie daje mi spokoju: skoro ktoś potrafi dla złotego medalu biec ze złamaną nogą, to dlaczego ja nie potrafię zejść na poranne modlitwy z bólem brzucha, z kaszlem? Skoro ktoś potrafi zaprzeć się siebie, aby być pochwalonym za wybitne osiągnięcia sportowe, to dlaczego ja nie potrafię się poświęcić tak samo w kwestii dużo ważniejszej: walki o drugiego człowieka, o jego zbawienie, o jego świętość?

Justyno, Kamilu i Zbyszku - jesteście dla mnie wzorem ludzi walczących. Proszę dziś Pana Boga, abym i ja potrafił walczyć. Nie o olimpijskie złoto (chyba, że jeszcze parę kg przytyję to może nadam się do sumo:P) ale o zbawienie: moje i moich bliźnich.

Wiem, że Bóg stawia obok drugiego człowieka, abym się o niego zatroszczył. Wiem, że Bóg dał mi wielu wspaniałych ludzi. Wiem też, że nie o wszystkich umiałem się zatroszczyć, nie potrafiłem zadbać i uszanować tak, jak na to zasługiwali.

Dlatego, pokrzepiony przykładem naszych sportowców od dziś będę się starał jeszcze bardziej. Tak mi dopomóż Bóg.


Niektórzy też walczą o złoto nieprzemijające. Powodzenia! :)

Czyż nie wiecie, że gdy zawodnicy biegną na stadionie, wszyscy wprawdzie biegną, lecz jeden tylko otrzymuje nagrodę? Przeto tak biegnijcie, abyście ją otrzymali. Każdy, który staje do zapasów, wszystkiego sobie odmawia; oni, aby zdobyć przemijającą nagrodę, my zaś nieprzemijającą (1 Kor, 9,24n).







poniedziałek, 10 lutego 2014

Fidati, ne vale la pena!

Per il primo compleanno di Francesco, pensando a un regalo che potesse durare, Chiara aveva avuto l'idea di scrivergli una lettera. Eccola:


Carissimo Francy,
oggi compi un anno e ci chiedevamo cosa poterti regalare che potesse durarti negli anni e così abbiamo deciso di scriverti una lettera.
Sei stato un dono grande nella nostra vita, perché ci hai aiutato a guardare oltre i nostri limiti umani.
Quando i medici volevano metterci paura, la tua vita così fragile ci dava la forza di andare avanti.
Per quel poco che ho capito in questi anni, posso solo dirti che l’amore è il centro della nostra vita, perché nasciamo da un atto di amore, viviamo per amore e per essere amati e moriamo per conoscere l’amore vero di Dio.
Lo scopo della nostra vita è amare ed essere sempre pronti ad imparare ad amare gli altri, come solo Dio può insegnarti.
L’amore ti consuma, ma è bello morire consumati, proprio come una candela che si spegne solo quando ha raggiunto il suo scopo.
Qualsiasi cosa farai avrà senso solo se la vedrai in funzione della vita eterna.
Se starai amando veramente te ne accorgerai dal fatto che nulla ti appartiene veramente, perché tutto è un don.
Come dice San Francesco: “Il contrario dell’amore è il possesso”.
Noi abbiamo amato i tuoi fratelli Maria e Davide e abbiamo amato te, sapendo che non eravate nostri, che non eravate per noi e così deve essere tutto nella vita: tutto ciò che hai non ti appartiene mai, perché è un dono che Dio ti fa, perché tu possa farlo fruttare.
Non scoraggiarti mai figlio mio, Dio non ti toglie mai nulla, se toglie è solo perché vuole donarti tanto di più.
Grazie a Maria e Davide noi ci siamo innamorati di più della vita eterna ed abbiamo smesso di avere paura della morte, dunque Dio ci ha tolto, ma per donarci un cuore più grande ed aperto ad accogliere l’eternità già in questa vita.
Ad Assisi mi ero innamorata della gioia dei frati e delle suore, che vivevano credendo alla provvidenza e allora ho chiesto anche io al Signore la grazia di credere a questa provvidenza di cui mi parlavano, di credere a questo Padre che davvero non ti fa mai mancare niente e Fra Vito ci ha aiutato a camminare credendo a questa promessa. Ci siamo sposati senza niente, mettendo però Dio al limite primo posto e credendo all’amore che ci chiedeva questo grande passo.
Non siamo mai rimasti delusi, abbiamo sempre avuto una casa e tanto di più di quello che ci occorreva.
Tu ti chiami Francesco proprio perché San Francesco ci ha cambiato la vita e speriamo che possa essere un esempio anche per te. E’ bello avere degli esempi di vita che ti fanno capire che si può pretendere il massimo della felicità, già su questa terra, con Dio come guida.
Sappiamo che sei speciale e che hai una missione grande. Il Signore ti ha voluto da sempre e ti mostrerà la strada da seguire, se gli aprirai il cuore.
Fidati ne vale la pena.
mamma Chiara e papà Enrico

Zaufaj, bo warto. Mama Chiara i Tata Enrico.

Ostatnio pisałem o pięknej rodzinie: Chiara, Enrico i Francesco, którzy stają się dla mnie coraz bliżsi. Tekst znajduje się tutaj: http://salezjanin.blogspot.it/2014/01/chiara-enrico-dziekuje.html


Przed swoją śmiercią Chiara chciała na roczek swojego syna, Franusia, ofiarować mu coś wyjątkowego. Z Enrico postanowili, że napiszą do niego list. Oto on:


Najdroższy Franusiu,
dziś kończysz roczek i zastanawialiśmy się co moglibyśmy Tobie ofiarować, co by trwało przez lata i zdecydowaliśmy się napisać do Ciebie list.
Jesteś wielkim darem w naszym życiu, ponieważ pomogłeś nam patrzeć poza nasze ludzkie granice.
Kiedy lekarze nas straszyli, Twoje życie, takie kruche, dawało nam siłę, aby iść naprzód.
Przez to niewiele, co zrozumiałam w ostatnich latach, mogę Tobie tylko powiedzieć, że miłość jest centrum naszego życia, ponieważ rodzimy się poprzez akt miłości, żyjemy aby kochać i aby miłość otrzymywać i umieramy aby poznać prawdziwą miłość Boga.
Celem naszego życia jest kochać i być zawsze gotowymi do uczenia się kochania drugiego człowieka, czego tylko Bóg może nas nauczyć.
Miłość cię wypala, ale pięknie jest umierać tak skonsumowani, dokładnie tak jak świeca, która gaśnie dopiero wtedy gdy osiągnie swój cel.
Cokolwiek będziesz czynił będzie to miało sens tylko jeśli to będziesz czynił w służbie życia wiecznego.
Jeśli będziesz kochał prawdziwie to spostrzeżesz się, że nic do Ciebie tak na prawdę nie należy, ponieważ wszystko jest darem.
Jak mówi św. Franciszek: „Przeciwieństwem miłości jest posiadanie”.
Kochaliśmy Twoje rodzeństwo: Marię i Dawida i kochaliśmy Ciebie, wiedząc że nie należeliście do nas, że nie byliście dla nas i tak ma być wszystko w życiu: wszystko to co masz, nie należy do ciebie lecz jest darem, który Bóg ci ofiaruje, abyś ty pomógł mu wzrastać.
Nigdy nie poddawaj się mój synku, Bóg nigdy Ci nic nie zabierze, jeśli zabierze coś to tylko dlatego, że chce dać Tobie dużo więcej.
Dzięki Marii i Dawidowi jeszcze bardziej zakochaliśmy się w życiu wiecznym i przestaliśmy bać się śmierci, zatem Bóg nam coś zabrał, aby dać nam serca jeszcze większe i otwarte na przyjęcie wieczności już w tym życiu.
W Asyżu zakochałam się w radości zakonników i sióstr zakonnych, które żyły wierząc w opatrzność Bożą i dlatego ja też prosiłam Pana Boga o łaskę wiary w Jego opatrzność, o której mi opowiadały, wiary w tego Ojca, który sprawia, że naprawdę niczego w życiu nie będzie Tobie brakować. Ojciec Vito pomógł nam iść tą drogą wierząc w obietnicę Bożą. Ożeniliśmy się nie mając nic, stawiając jednak Boga na pierwszym miejscu i wierząc w miłość, której wymagał od nas ten wielki krok.
Nigdy się nie zawiedliśmy, zawsze mieliśmy dom i dużo więcej niż byśmy potrzebowali.
Ty masz na imię Franciszek ponieważ św. Franciszek odmienił nasze życie i mamy nadzieję, że będzie on także wielkim wzorem dla Ciebie.
Pięknie jest mieć wzory w życiu, na których można się opierać i które pomagają nam zrozumieć, że można dążyć do całkowitego szczęścia, już na tej ziemi, mając Boga za przewodnika.
Wiemy, że jesteś wyjątkowy i że masz wielką misję do spełnienia. Bóg Ciebie chciał od zawsze i ukaże Tobie drogę, którą pójdziesz, jeśli otworzysz mu swoje serce.
Zaufaj, bo warto.

mama Chiara i tata Enrico